Wróć do spisu artykułów: Artykuły lub do Aktualności.

  artykuł na wyborczej
Ja, siostra Marek
Magda Żakowska

Mówią o nim polski Tom Waits, bo wódka, ulica i śpiew. Właśnie ukazuje się jego czwarta płyta. Pierwsza, którą nagrał na trzeźwo. Rozmowa z Markiem Dyjakiem



Powiesiłeś się.

- Na linie, na drzewie, kilkaset metrów od domu. Ola zobaczyła. Nie dała rady sama, ja duży facet jestem, ona kruszyna. Język już mi wypadł. Pobiegła po sąsiada. Janek Słomian, komendant ochotniczej straży pożarnej. Ukryty przez Boga przyjaciel. Odciął mnie od liny i nie odpuszczał. Karetka przyjechała po 40 minutach.

Właściwie byłeś już wtedy martwy. Wiesz, co jest po tamtej stronie?

- Nie wiem. Jedno wiem. Trudno to wytłumaczyć, ale tak jak to jest szklanka z kawą, a to są papierosy, tak od tamtej pory strasznie wiem, że jest Bóg.

Ten z brodą i synem Jezusem?

- Nie wiem, czy z brodą. I nie wiem, czy ma syna. Nie nazywa się. A ja nie potrafię o nim mówić. Nie zacząłem chodzić do kościoła, nie stałem się lepszym człowiekiem. Ja po prostu wiem, że jest, i jest dobry.

Ocknąłeś się w szpitalu i co?

- 33-letni facet leży przywiązany pasami do łóżka. Taki rodzaj krzyża. W ch... ma cewnik. Leży goły. Za szybą są pielęgniarki, popijają kawę.

Pamiętałeś, co się stało?

- Nie. Dowiedziałem się potem od lekarza. Jak każdy niedoszły samobójca żałowałem. W takiej sytuacji masz wybór: albo znajdziesz kontakt z Bogiem, spróbujesz uwierzyć, że to wszystko przeżyłeś po coś, albo nie znajdziesz i nawet żyjąc, zostaniesz już po tamtej stronie.

Od tamtej pory nie pijesz?

- A skąd! Wtedy wymyśliłem sobie, że teraz Bóg nade mną czuwa i potrafię z wódą poradzić sobie sam. Najpierw był detoks w Lublińcu. Wyszedłem po 10 dniach. Pojechałem w rodzinne strony. Minęło 30 dni. Wtedy się napiłem. Oli opadły ręce. Wyjechała. Obudziłem się na jakiejś ławce. Bez pieniędzy, nawet nie wiedziałem, jakie to miasto. Okazało się, że Łódź. Od Lublina to kawałek drogi. Trafiłem w końcu na przyjaciela. Powiedział, że nie chce mnie widzieć, dał na bilet, żebym jechał gdziekolwiek. Trafiam do Piotrkowa Trybunalskiego, gdzie kiedyś mieszkałem, do moich kolegów. Kozacy, którzy najczęściej zajmują się wybijaniem zębów i łamaniem kości, opiekują się mną jak niemowlakiem. Łyżeczką karmią. Kupili mi ubranie i wódkę, żebym się nie zatelepał. Po miesiącu rajdów trafiam do domu, do Oli. Mam w sobie 4,5 promila, czyli jestem trzeźwy. Rozmawiam z Olą, ale ona się mnie boi i mówi, że to koniec.

Pojechałem prosto do Parzymiech. Bez skierowania, a tam się czeka na dobrowolny odwyk kilka miesięcy. Ochroniarz mnie wpuścił. Przyjął mnie doktor Mastalerz. Legenda. Kazał mi trzy razy dmuchać, bo nie wierzył, że mam w sobie 4,5 promila. Przyjął mnie na oddział. Padaczki dostawałem przy 2 promilach. Potem zaczął się proces trzeźwienia. Już ostateczny.

Jak długo tam byłeś?

- Na oddziale zamkniętym 24 dni. Normalnie to trwa siedem dni. Byłem taki Ziutek Oczko. Pomagałem świeżym kolegom się ogolić, bo przecież przychodzili z brodą, chociaż nawet o tym nie wiedzieli. Razem z kolegą żeśmy za siostry oddziałowe robili. Siostra Adam i siostra Marek. Adam nie wytrzymał. Znowu jest na oddziale.

Jak już się jest na detoksie dłużej, to trzeba się czymś zająć. Tam naprawdę dobrze jest, jak jest odrobinę lepiej. A potem były dwa miesiące terapii. Nie ma bardziej chujowej sytuacji niż facet mówiący, że miłość go uratowała. Ale u mnie właśnie tak jest.

Jak tam byłeś, na oddziale zamkniętym, zastanawiałeś się, czy Ola jeszcze w ogóle na ciebie czeka?

- Miałem szczęście. Do Parzymiech podwiózł mnie kumpel, a potem zawiadomił Olę. Była następnego dnia o szóstej rano. Nie mogłem jej nawet ręki podać, bo tak się telepałem. Jak przyszła, to jakby zapaliła dla mnie gwiazdę. Tę gwiazdę na ramieniu też. Bo przecież ona od początku wiedziała, że ja tę gwiazdę to zrobiłem tak naprawdę dla niej.

Bo ty masz na ramieniu wytatuowaną gwiazdę Dawida. Widać ją na okładce nowej płyty.

- Zawsze mnie wkurwiali kolesie, którzy mają wydumanego wroga. "Bij Żyda" albo sąsiad, który mówi: "Ale pan postawiłeś płot, tak po żydowsku". Mam tę gwiazdę, bo chciałem się przyłączyć do tej grupy atakowanych bez powodu.

A jesteś Żydem?

- Nie wiem, nie o to chodzi. Miałem kiedyś przyjaciela, przeżył getto. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy, ale to też dla niego było.

Wychowałeś się w sąsiedztwie obozu na Majdanku.

- Urodziłem się w Świdniku, a ze szkoły w Lublinie miałem widok na Majdanek. Wszystkie wagary tam spędzałem. Lubiłem rysować, brałem ze sobą blok, a baraki się dość prosto maluje.

Próbowałeś zdawać do liceum plastycznego?

- Nie. Matka wybrała dla mnie zawodówkę.

Dlaczego zawodówkę?

- Żebym hydraulikiem został, żebym miał jakiś zawód wyuczony. Żebym w ogóle cokolwiek skończył. Ja byłem ciężkim dzieckiem. W zasadzie ciągle płakałem. Matka wymyśliła mi też wtedy boks, żeby mnie przestali bić ciągle na podwórku. Jak inne matki zaczęły przychodzić do mojej, że dałem ich synkom wpier..., to matka mrugała do mnie i mówiła: "I dobrze, wolę, że oni dostają niż ty".

Dlaczego płakałeś?

- Nie wiem. Matce się nie udało małżeństwo. Mój ojciec był oficerem, pił. Szybko poszedł na kompletne dno. Wchodził do domu i rzucał dziećmi o ścianę. Do matki krzyczał "ruhe". Sytuacja pt. "Jak dorosnę, to cię zajebię".

Wytatuowałeś sobie na ramieniu też zakaz zatrzymywania. Dlaczego?

- Nie wiem. Nie wiem, dlaczego przydarzyła mi się większość rzeczy w moim życiu. Nie było w tym żadnej autokreacji, bo jako 13-latek nic przecież z tego nie rozumiałem. Nie znałem jeszcze ludzi z tatuażami, więc to nie dlatego, że chciałem należeć do jakiejś grupy. Ja po prostu wiedziałem, że ten znak ma mi o czymś przypominać. Każdy ma przecież w życiu takie rzeczy.

Skończyłeś zawodówkę i co?

- Wyjechałem za granicę. Pracowałem w szklarni. Popełniłem tam wszystkie możliwe błędy i wróciłem do kraju. A tu już czekał na mnie Janek Kondrak z gotowym repertuarem. "Piękny instalator".

Jak go poznałeś?

- To było jeszcze przed wyjazdem do Niemiec. Miałem gitarę i coś tam sobie grałem. Kolega przyniósł mi książkę "Kaskaderzy literatury". Stachura, kilku, których nie rozumiałem, ale był też Wojaczek. Jego wierszy też nie rozumiałem, ale czułem w nich dźwięki muzyki. I zacząłem go śpiewać. Wtedy usłyszał mnie Janek. Zapytał, co robię. Powiedziałem mu, że jestem hydraulikiem. Wszyscy się ze mnie śmiali, że hydraulik. Dziewczyny, takie, które mnie interesowały, nie chciały ze mną gadać, bo zawodówa. Ale w ciągu roku wszystko się odwróciło. Dzięki Jankowi. Najpierw zaprosił mnie do domu, bo mu się kibel popsuł. Zreperowałem, on zaczął coś grać, zachwyciłem się. Przez wiele lat był moim mistrzem. Mówiłem na niego rebe, chociaż nie wiedziałem, co to znaczy. Bo robił piosenkę dla Telewizji Lublin - to były czasy, kiedy modne były koszerna wóda i piwo. Śpiewał: "Chcesz mieć piwa pełen dzban, idź do rebe, on ci da". I od tamtej pory był rebe.

Z "Pięknym instalatorem" wygrałeś Festiwal Piosenki Studenckiej w Krakowie i FAMĘ.

- Tak. Jurorzy w szoku byli, bo tam i brzydkie słowa, i sam pomysł, że hydraulik śpiewa Wojaczka, były dla nich nie do pojęcia. Poezja śpiewana to było wtedy takie pierdzenie kretynek albo kolesiów w rozciągniętych swetrach, którzy nie mówią, tylko przemawiają. Przestałem uczęszczać na takie festiwale. A potem była płyta "Sznyty". Muzyka i słowa Kondraka. Ta płyta zresztą szybko umarła. Ale ja wszedłem w środowisko. Garczarek, Wołek, Kaczmarski. Starsi koledzy.

Wtedy zacząłeś pić?

- Nie, wtedy już byłem alkoholikiem. W wieku 20 lat.

To kiedy zacząłeś?

- Nie pamiętam. Chyba w 1994. Już po zawodówie. Mnie po ojcu oficerze zawsze mierziło wojsko i wóda. Ale jak spróbowałem, to zobaczyłem, że jest fajnie. Nigdy nie byłem po wódzie agresywny - raczej wesoły, dusza towarzystwa. Agresywny to bywałem na trzeźwo. To po tym boksie. Ale kiedyś niefortunnie kopnąłem kolesia w twarz. Pękła mu kość nosowa i weszła w oko. Zagrożenie życia. Wtedy skończyłem z biciem.

A z piciem?

- Siedem lat temu poznałem Olę. Ona robiła scenografię do spektaklu w teatrze w Radomiu, ja muzykę. To były czasy, kiedy musiałem wypić dwa litry, żeby rozmawiać, tak jak teraz z tobą rozmawiam. Nie przewracałem się, nie rzucałem się na nikogo z młotkiem. Dowcipny byłem, potrafiłem grać sześć godzin, niespożyta energia. Miłym chłopakiem byłem.

Jak Ola znosiła twoje picie?

- Znosiła, bo ja po tych dwóch litrach dopiero byłem normalny. Rozmawiałem, chodziłem po zakupy, załatwiałem sprawy, żyłem. Tylko potem zaczęła mi wysiadać pała. Zapominałem najprostszych rzeczy, wpadałem w coraz większą depresję, aż w końcu siedziałem przed telewizorem i płakałem na "M jak miłość". Choroba psychiczna po prostu. Zmiany osobowości. Tak naprawdę wykończyły mnie te przerwy w piciu powodujące rozdrażnienie organizmu, te esperale zatruwające, sulfaguamidole. To był syf. Potem chciałem nadrobić, piłem jeszcze więcej. Cały czas grałem po barach. Na to sił starczało. Do czasu.

Ile przeszedłeś detoksów?

- Nie wiem. Dużo. W Lublinie, Warszawie, Poznaniu, w Gołdapi, Gorzycach, parzymieski - ten ostatni. Minęło właśnie 500 dni, odkąd nie piję. Bóg mi dał nowe życie. Nówka nieśmigana. Z takim tylko doświadczeniem, co czasem przeszkadza żyć.

Przeszkadza?

- Jasne. Błagam. Ja jestem nie tylko złym doświadczeniem dla siebie. Ja jestem też złym doświadczeniem dla innych. Ja byłem straszny przecież. No i Ola mnie w końcu z domu wyrzuciła. Myślała, że ja to tak przeżyję, że się podniosę.

To chyba jest taka sprawdzona metoda w życiu z alkoholikiem. Wyrzucić z domu, żeby nim wstrząsnąć.

- A ja niestety upadłem jeszcze bardziej. Każdy alkoholik to jest najmądrzejszy człowiek na świecie, potrafi sobie wszystko wytłumaczyć. "Co cię nie zabije, to cię wzmocni" - nigdy nie słyszałem nic głupszego. Chyba jeszcze tylko "Arbeit macht frei". Ja przecież muszę teraz żyć z tym wszystkim. Codziennie. Każdego dnia. Mam mnóstwo ludzi, których za wiele rzeczy chciałbym przeprosić. Bo pamiętam. Słowa, czyny. Mam nadzieję, że zdążę ich wszystkich spotkać niezbyt późną porą. I wcale nie oczekuję ani nie wymagam przeprosin od tych, którzy mnie skrzywdzili.

Co się z tobą działo, kiedy Ola wyrzuciła cię z domu?

- Praga mnie przytuliła. Poznałem fantastycznych przyjaciół, Romów. Mam tam brata - Paramona. Jego rodzina mnie przygarnęła. Jego ojciec, Tabaczek, był wielkim królem Romów. Legenda, Janosik taki. Tyrmand podobno o nim napisał "Złego". Obrączki na mój ślub z Olą dostałem od Paramona i jego żony. Bo jak tylko na chwilę się pojawiła, spaliłem za sobą wszystko i poszedłem za nią. Byłem już wtedy umierający. Krwawiłem bardzo. Przyjechałem tutaj, do Natolina. To niebywałe miejsce. W sumie 80 domów w całej wsi. Ola wcześniej kupiła tu starą leśniczówkę, kiedyś szkołę. Mój pierwszy w życiu dom. Od razu założyłem w Natolinie klub bokserski Potop Natolin. 19 chłopców się zapisało. Postanowiliśmy się z Olą pobrać. Mieliśmy wyznaczoną datę, ale zdecydowałem się przyspieszyć ślub.

Dlaczego?

- Bo był koniec. Non stop czułem fizyczny ból. Całe ciało bolało. Wóda nie pomagała. Piłem, ale nie pomagało. Wlewałem ustami, wylewała się oczami. Po ślubie postanowiłem odejść. Jest taka piosenka na tej nowej płycie: "Pozwól odejść już, nie całkiem zechciej wierzyć, pozwól odejść już, najlepszemu z twych żołnierzy". No i odszedłem. Ale przecież wybrałem drogę do śmierci z pełną premedytacją.

Nagrałeś wtedy płytę "Ostatnia".

- Bo wiedziałem, że kolejnej już nie dam rady. Także dlatego, że nikt już nie da mi na to pieniędzy. Żadne wydawnictwo nie będzie chciało ze mną gadać. Ale ja też nie będę chciał już z nimi gadać. Bo pier... to towarzystwo. Byłem, widziałem i dziękuję bardzo. Byłem z menelami i byłem z wielkimi możnymi. Widziałem, jaka jest tam u nich moralność żon i jaka jest tam moralność mężów. Widziałem życie pięknych, bogatych i podobno szczęśliwych. Byłem maskotką śpiewającą na ich imprezach smutne piosenki przy gitarze i dziękuję Bogu, że traktowali mnie jak maskotkę. Bo ja wybieram innych, prawdziwszych.

Kim teraz jesteś?

- Muszę ci coś pokazać. Moje mailowe hasło. Zobacz albo uwierz na słowo: kimjestem34. Sam nie wiem, kim jestem. Chyba człowiekiem.

A muzykiem?

- Mam zawód muzykanta barowego. W końcu nie każdemu udaje się nagrać trzy płyty po pijanemu. "Jeszcze raz", ta nowa płyta, to pierwsza, którą nagrałem na trzeźwo.

Jest inna od tych po pijaku?

- Nie. Śpiewam tak samo. Nie zmieniłem się. Mam momenty, że jestem jak kamień polny. Szary, k..., i trochę zimny, i z boku drogi. Ale trochę przeszedłem, więc mam chyba prawo.

Muzyka pomaga?

- Muzyka to jest zajebista góra. Wyzwanie. Ktoś ma maraton, ktoś Kilimandżaro, a ja mam muzykę. Też czasem brakuje tlenu.

Maraton biegniesz sam, wspinasz się sam, ale nie wystarczy śpiewać, żeby być muzykiem. Ktoś musi ci wydać płytę, zaprosić na koncert.

- I tu pojawia się Artur Szwedo. Wyglądał dla mnie jak lanser w beemce. 190 wzrostu, Boss, Lagerfeld i buty Lloydy. Koleś z lepszego świata. Otóż okazuje się, że jest dokładnie odwrotnie. Jest to przewartościowy, prostolinijny facet. Ma jeden talent: potrafi robić biznes. Ma sieć aptek i nieruchomości. Tak jak ja jestem znany w barach, tak on jest znany z uczciwości. I wzruszyła go moja opowieść. Odwiedził mnie, jak jeszcze mieszkałem w Poznaniu, ostatnia meta przed przyjazdem do Natolina. Wszedł, a ja akurat rzygałem. Krew ze śliną, czyli biało-czerwone rzygi w srebrnej miednicy, bo to akurat grube czasy były. Natychmiast mnie ubezpieczył. Zatrudnił mnie u siebie w firmie jako instruktora kulturalno-oświatowego w Willi pod Różą w Wiśle.

Byłeś tam kiedyś?

- Tak. Ale tylko w gościach. Artur w Poznaniu zabrał mnie na obiad, a potem do szpitala. Braterska przyjaźń.

Na nowej płycie śpiewasz o kobietach, miłości i piciu. Jak wybierałeś teksty?

- Dużo tekstów w międzyczasie dostałem. Było z czego wybierać. Jestem też producentem tej płyty. Artur dał mi wolną rękę. Raz wpadł do studia posłuchać, ale to było czysto towarzyskie spotkanie. I tak powstała płyta "Jeszcze raz".

Na fortepianie akompaniuje ci Włodzimierz Nahorny. Z tego, co wiem, rzadko to mu się zdarza.

- Tak. Z tego, co ja wiem, to on też jest walczący. Od 12 lat. Pani Stanisława Celińska, która ze mną śpiewa na tej płycie piosenkę - od 24 lat.

To łączy ludzi?

- Wyczuwamy się momentalnie.

Nagrałeś płytę i co będzie dalej?

- Po artykule Joanny Podgórskiej w "Polityce" zadzwoniła do mnie jakaś pani z telewizji, żebym wystąpił w programie. Odmówiłem. Nie ma już takiej mocy, żebym polazł do jakiegoś programu i się wymądrzał o piciu i niepiciu. Rozmawiałem o tym z Joanną, kiedy pisała o mnie tekst, i rozmawiam teraz z tobą. Ostatni raz o tym mówię.

Dlaczego?

- Bo już nie mogę tego opowiadać. Bo już nie widzę sensu. Bo gadanie o tym też kosztuje. A każde kolejne będzie już sprzedawaniem atrakcyjnej historii "z życia".



     Wróć do spisu artykułów: Artykuły lub do Aktualności.

Copyright © 2009-2011, ppage & marekdyjak.com