![]() Wróć do spisu artykułów: Artykuły lub do Aktualności. Męskie śpiewanie - recenzja "Moje Fado" Jarek Szubrycht / Przekrój ![]() Kraina łagodności na tyłach "Domu złego". Marek Dyjak ma zadatki na idola. Niepiękny to człek, ale charakterny. Niegłupi w dodatku i ma mroczną legendę, na szczęście z happy endem, więc i za wzór dla (trudnej) młodzieży posłużyć może. Przede wszystkim jednak ma głos. Mocny, ciemny, doprawiony chrypą. Interpretacyjne szarże świadczą o zapatrzeniu w Toma Waitsa, ale niechże Dyjak nie idzie tą drogą, bo Waits to typ tak charakterystyczny, że wyczerpuje temat. Wolę, kiedy pan Marek nie ryczy, lecz łka cicho albo daje się przyłapać na macholiryzmie. Wtedy kojarzy się z Włodzimierzem Wysockim, ale też Zauchą, a nawet Rynkowskim - tym od "Szczęśliwej drogi już czas", broń Boże nie z tym od brązu... Ma więc Dyjak zadatki, ale czy ma repertuar? Z "Mojego fado" tego się nie dowiem, jest bowiem plonem trzech sesji (w ciągu siedmiu lat) oraz pracy tłumu kompozytorów i tekściarzy. A starczyliby Robert Kasprzycki ("Golgota"), Piotr Bukartyk ("Durna miłość"), sam Dyjak ("Dziwna okolica") i przede wszystkim Tomasz Wachnowski (prościutkie, acz wzruszające "Nie będziesz"). Punkt mniej za pastwienie się nad "Tą ostatnią niedzielą". Ocena 4/6 |