Wróć do spisu artykułów: Artykuły lub do Aktualności.


"Nie łam się, brachu, jeszcze nie umarłem... "
Marek Grzelka Czwartek, 30 sierpnia 2007




A życie mogło być proste. W 1992 Marek Dyjak zdobył papiery hydraulika. Wystarczyło kilka rzeczy, by życie było pełne i szczęśliwe – robotnicze życie, żona robotnicza, robotnicza klitka w bloku. Zwykłe, proste życie, bez dłubania w niuansach duszy i serca. Chciał więcej.

Rozkochany w słowie, w śpiewie, wygrywa Studencki Festiwal Piosenki w Krakowie w 1995 roku. Tam poznaje nowosolan z „Konferansjera”. Zaczynają współpracę, której efektem jest dwunastoletni, burzliwy związek Dyjaka z Nową Solą. W ciągu tych dwunastu lat koncertował ponad dwadzieścia razy, nie było roku, by tutaj nie wystąpił. Musiał. Jednak owa płomienna miłość śpiewaka z nadodrzańską mieściną zatoczyła pełne koło. Marek wpadł się z nami pożegnać.
Czwartkowy koncert podzielony był na części. Krótkie sety oddzielały spore przerwy, w których Marek Dyjak odpoczywał. Bowiem śpiewanie tego wieczoru sprawiało mu mękę. Ciało, ten słaby sługa duszy, złożyło u Marka wypowiedzenie.

Widziałem oczy tych, którzy na niego patrzyli, gdy weszli do kawiarni. Wyrażały jedno, „o Boże, co się z nim stało. Co się stało z tym chłopakiem, którego zwykle tu słuchaliśmy”. Przed koncertem Marek telefonując wyraźnie zaznaczał, że jest w tragicznej sytuacji fizycznej, w psychicznej przepaści. Dyjak miał olbrzymią chęć pożegnania się, bez względu na formułę tego pożegnania. Chciał jeszcze raz się z nami zobaczyć, trzepnąć w struny, zawyć, wyściskać parę osób, paru osobom podziękować. To cud, że z Dyjaka jeszcze nie wypadają części, że jako tako trzyma się w kupie, że mu się jeszcze cokolwiek chce. Ten występ Marka wzbudził olbrzymią ilość rozmaitych emocji. Każdy z nas odebrał ten występ inaczej. Jedni widzieli w tym smutny upadek, drudzy niezłomność w walce ze swoimi słabościami, jeszcze inni porażającą emanację szczerości.

Jedni mówili „wolałbym tego koncertu nigdy nie widzieć”, inni wychodzili mamrocząc „coś niesamowitego”. Jednych bolało serce, kiedy patrzyli na to, jak Dyjak zapomina, myli się grając, drudzy pod stołem zacierali ręce, że oto w końcu na ich oczach Marek się przewraca. Fakt, mimo olbrzymiego wysiłku, który Dyjak włożył w to, by w ogóle zagrać i zaśpiewać, artystycznie, muzycznie nie wszystkim mogło się podobać. Jak nigdy wcześniej, Marek przypominał Baudelaire’owskiego Albatrosa, który jest piękny, niedościgły na niebiańskich przestworzach, natomiast ściągnięty na pokład nieporadnie bije skrzydłami o deski ku uciesze nękających go marynarzy. Ale miał podczas czwartkowego koncertu kilkanaście razy ten przebłysk geniuszu, ten lot, tę rozdzierającą serce, dyjakową moc, wywołującą ciarki na plecach. Kilka razy rozbił nas w drobny mak, siedzieliśmy ciężcy jak wór piachu, przygnieceni siłą i haryzmą.

Czuję też odrobinę wstydu za co niektórych odbiorców, którym wydawało się, że przyszli na Marylę Rodowicz. Starzy, dyjakowi wyjadacze, wiedzieli, po co na Dyjaka się chodzi. Inni szukali jakiejś dziwnej sensacji i kiedy patrzyłem na drwiące buźki wymuskanych lanserów w sweterkach, myślałem sobie w duchu, „o, jakże głupie bydlątko nam z chłopca wyrosło”. Wstyd mi też nieco za większe i mniejsze szyderstwa ludzi, po których bym się tego nie spodziewał. Ale cóż.... bywa.

Paręnaście lat temu Dyjak wyszedł na wojnę ze światem uzbrojony w morderczo mocny głos i sześciostrunowy karabin zwany potocznie gitarą. Szybko jednak okazało się, że zamiast walce w zorganizowanej armii, bliżej mu do partyzantki.

Bywały w tej karierze momenty, w których Marek mógł iść za ciosem, wbić się na artystyczny świecznik. Ale czuł przy tym, że ubiera się w uprząż, że oddaje lejce w cudze ręce. Niektórzy widzą w tym artystyczną pozę, że to taka poza robienia się Dyjaka na wyklętego. W momentach decyzji Marek rzucał „bujajcie się frajerzy” i szedł sobie sam swoją drogą.

Strasznie go za to szanuję, za ten niespotykany dziś idealizm, niezłomność. Wydają się one cechami sprzed stu lat, bo dziś trzeba giąć grzbiet, jeśli się czegoś chce. Dyjak widząc, że ktoś chce zrobić z niego „Dyjaka dla mas” odwracał się na pięcie i znikał. Zachowanie irracjonalne, uparte i głupie z jednej strony, z drugiej ukierunkowane na jedno – na niepodległość serca, niepodległość duszy. To na nich, na duszy i na sercu, ta kilkunastoletnia wojna ze światem zostawiła niezabliźnione rany. To przez tę walkę zamiast sprężystego żołnierza widzieliśmy na scenie przygarbionego, utykającego wiarusa.

Zastanawiam się, jak dalej potoczy się Markowa droga. Czy faktycznie, tak jak powiedział, więcej w Nowej Soli nie zagra? Być może odpuści sobie śpiewanie na rzecz innych działań artystycznych, z którymi już się mierzył - aktorstwo, komponowanie muzyki do sztuk teatralnych. Chciałbym wierzyć, że ta obecna dyspozycja Dyjaka jest chwilowa, że stanie się, tak jak śpiewał w jednej z piosenek - „zerwę się jeszcze raz”. Tego ci Marku serdecznie życzę, i myślę, że nie tylko ja.



     Wróć do spisu artykułów: Artykuły lub do Aktualności.

Copyright © 2009-2011, ppage & marekdyjak.com