![]() Wróć do spisu artykułów: Artykuły lub do Aktualności. Dyjakowe śpiewanie w Gdańsku Beata Bonik 18.02.2010
Marek Dyjak wystąpił 6 lutego 2010r. w gdańskim Teatrze Miniatura. Towarzyszył mu kwartet w składzie: Jerzy Małek - trąbka, Zdzisław Kalinowski - pianino, Paweł Puszczało - kontrabas, Roman Ślefarski - perkusja. O Marku Dyjaku mówi się i pisze ostatnio dużo - i o jego trudnej historii "upadku i powtórnych narodzin", i o jego oryginalnym śpiewaniu. Wydaje się, że powiedziano i napisano na ten temat już chyba wszystko. Cóż można dodać? Może po prostu - zaprosić na koncert? Warto posłuchać i popatrzeć, by skonfrontować odczucia innych z własnymi. A jest po temu sporo okazji, bo kalendarz imprez zamieszczony na oficjalnej stronie artysty jest dość obficie zapełniony. Koncert w Gdańsku był szczególny, bowiem artyście towarzyszył kwartet z instrumentarium znanym z ostatniej płyty "Jeszcze raz". Była więc okazja wysłuchania dyjakowych piosenek w pełnej, ciekawej oprawie muzycznej. Dodam, że większość pozostałych koncertów zaplanowana została o wiele skromniej: artysta z gitarą plus jeden jeszcze instrument, to daje zapewne zupełnie inny efekt. Spośród muzyków, którzy wystąpili w Gdańsku, miłośnicy Marka Dyjaka mieli już okazję poznać Jerzego Małka, gdyż można go usłyszeć i na wspomnianej płycie, i na koncertach. Bez trudu można dostrzec, że ci dwaj artyści świetnie się rozumieją i uzupełniają, a gdański koncert stał się w jakimś sensie koncertem na dwa głosy. Okazało się, że trąbka nie jest tu instrumentem, który ma jedynie wypełnić i urozmaicić partie instrumentalne. Jej mocny a chropawy dźwięk dopowiada to, o czym śpiewa Dyjak, tak jak on wyraża silne emocje, po swojemu tłumaczy i rozwija tekst piosenki, prowadzi dialog... Dominacja trąbki nie oznacza oczywiście, że pozostali muzycy zeszli na dalszy plan - całość została świetnie dopracowana i naprawdę było czego posłuchać. Choć oczywiście słucha się przede wszystkim Marka Dyjaka i jego głosu. Bo jest to głos wyjątkowy - głęboki i mocny, z charakterystyczną chrypką, zapadający w pamięć, choć budzący skrajne emocje. Tak jak dyjakowe śpiewanie: trochę niedbałe, niestaranne, bez aktorskiej pozy, bez troski o dykcję, jakby bardziej dla siebie niż dla widzów. Ale to jest właśnie "znak firmowy" tego artysty. Dyjak w swoim repertuarze gromadzi na ogół utwory wykonywane przez innych, choć są i takie, które pisane są specjalnie dla niego. Jednak nawet jeśli przywołuje piosenki powszechnie znane, to ich wykonanie okazuje się oryginalne, właściwe tylko dla niego. Jest to z pewnością zasługa niebanalnego głosu, ale też ogromnej wrażliwości, która sprawia, że osłuchany utwór nabiera nowego charakteru, a zawsze przy tym tchnie autentyzmem, co można było podziwiać na koncercie. W programie znalazły się piosenki ze wszystkich czterech płyt: "Na krawędzi szkła", "Wiedeń nocą", "Po tamtej stronie"... Na zakończenie pojawiła się, tradycyjnie, słynna już z interpretacji "Ta ostatnia niedziela" oraz bardzo dyjakowy "Człowiek zbuntowany". Uderzyło mnie tego wieczoru ubóstwo słowa mówionego - tylko muzyka i śpiew, komentarze naprawdę nieliczne. Bo i co tu komentować? Ci, którzy znają historię Marka Dyjaka, zapewne i tak usłyszeli to, co chcieli usłyszeć. Ci, którzy tej historii nie znają, mogli spokojnie skupić się na muzyce i na piosenkach. Bo artysta, kiedy wychodzi na scenę, mówi o sobie - wyraża siebie, swoje doświadczenia i marzenia, przez to, co prezentuje. A że człowiek, który "wrócił z tamtego brzegu" na pewno wiele ma jeszcze do powiedzenia, z ciekawością czekam na następne koncerty i płyty. |